Pomysły

Po pierwsze, Maciek (to robocze imię ;)). Licealista trudno nawiązujący kontakt z ludźmi. Lata dziewięćdziesiąte. Całe welcome to McDonalds, po którym Ksywa umiera. Maciek wraca pod Drzewo i tam po raz pierwszy wchodzi do Pokoju.
Od tego czasu w szkole zaczyna zachowywać się coraz dziwniej, częściowo przez to, że spędza w Pokoju całe tygodnie i po prostu zapomina co dokładnie działo się w momencie gdy do niego wchodził.Coraz bardziej też to pokój staje się dla niego prawdziwym światem,a Sosnowiec wymysłem.

W końcu zaczyna rozmawiać z Duchem Czasu i uczyć się jak stworzyć swój wszechświat.Wciąga go to tak bardzo, że zupełnie zapomina kim był.Dla niego mijają całe dziesięciolecia.Tworzy gwiazdy i planety, staje się coraz lepszy, dokładniejszy.Co jakiś czas wraca na Ziemię, by dowiedzieć się w więcej i użyć tej wiedzy.W końcu Duch wyjawia mu, że nie będzie w stanie stworzyć innego gatunku

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz

Who plays the fuckin’ domino

Nic z tego nie miałoby miejsca, gdyby Sebastian Boenisch nie dołączył do polskiej reprezentacji w piłce nożnej.

Mecz z Australią okazał się porażką, kolejną z całej serii porażek, ale młody obrońca pokazał się z dobrej strony i dla wielu kibiców stał się małym światełkiem nadziei. Dobra gra nie przeszkodziła jednak innym krytykować go za śląskie pochodzenie, grę w niemieckich zespołach i fakt, że słabo mówił po polsku. W internecie rozgorzała dyskusja.

O dziesiątej czterdzieści wieczorem Piotr Stradomski, na forach piłkarskich podpisujący się jako “lornetka”, w drodze z pracy do domu przejeżdżał właśnie przez aleję Niepodległości. Roboty drogowe przy skrzyżowaniu z Nowowiejską sprawiły, że w ostatniej chwili zdecydował się skręcić w prawo, w stronę Politechniki, zamiast przebijać się przez centrum. Właśnie rozmawiał przez telefon z Markiem Sucharem, pseudonim “bambeloo”,  komentując ostatni mecz i śmiejąc się z trenera Franciszka Smudy. Stradomski twierdził, że w polskiej reprezentacji powinni grać tylko Polacy, tacy prawdziwi, nie importowani z Niemiec – jego kolega był zdania, że liczą się głównie umiejętności. Dyskusja stawała się coraz bardziej gorąca i w efekcie Piotr zobaczył Anetę Blaszak dopiero, gdy ta jak spod ziemi wyrosła tuż przed maską jego Volkswagena Golfa.

Na szczęście refleks go nie opuścił. Wdepnął do oporu hamulec i z piskiem opon zatrzymał samochód. Kobieta również zareagowała błyskawicznie, odskakując w tył przed zbliżającym się zderzakiem. Po czym potknęła się, zamahała różową torebką i usiadła na asfalcie.

Piotr wychylił głowę przez okno, oceniając sytuację. Nie znajdowali się na pasach. W związku z robotami po obu stronach jezdni ustawione były barierki. W tym miejscu w ogóle nie powinno być przechodniów. Upewniwszy się, że nie on jest tu winien, odetchnął z ulgą.

- Nic się pani nie stało? – krzyknął. Kobieta zebrała się z ziemi, poprawiła spódnicę i nabrała powietrza w płuca. A miała czym oddychać.

- Jak jeździsz skurwysynie, tępaku, nie widzisz że ludzie tu chodzą, odjebało ci?!!!! – wrzasnęła, tym samym upewniając Piotra, że wszystko z nią w porządku. Przynajmniej fizycznie. Widząc, że dyskusja nie ma sensu, wzruszył ramionami, schował głowę z powrotem do Volkswagena, spokojnie wyminął Anetę i odjechał.

O dziesiątej czterdzieści trzy Waldemar Blaszak  zamykał kuchnię w lokalu Pizza Da Grasso na Kabatach. Był tu kucharzem już od pięciu lat i lubił tę robotę. Zwłaszcza lubił wieczory, gdy współpracownicy rozeszli się już do domów, a on pod pretekstem sprzątania kuchni mógł mieć trochę czasu do siebie, w ciszy i spokoju. Żonie się to oczywiście nie podobało, jej zdaniem Waldemar po pracy powinien jechać prosto do domu i to nieuczciwe, że pracodawca każe mu zostawać po godzinach. Ale dla Blaszaka te dodatkowe minuty samotności były bardzo ważne – wypełnione rytuałem segregowania śmieci i pakowania niewykorzystanych składników z powrotem do chłodziarki były kotwicą, która trzymała jego psychikę na miejscu.

Gdy Waldemar niósł do lodówki ostatnie pudełko z pieczarkami, zadzwonił telefon. Dzwoniła jego żona . Westchnął, odebrał i przez pięć minut wysłuchiwał rozhisteryzowanego, piskliwego głosu, relacjonującego mu straszliwy wypadek samochodowy, w którym Aneta Blaszak została prawie zabita przez rozpędzone sportowe audi z szaleńcem za kierownicą. Gdy kolejne próby uspokojenia żony nie przynosiły rezultatu, Waldemarowi zaczęły puszczać nerwy. Nie odkładając telefonu ubrał płaszcz, założył buty, omiótł wzrokiem pomieszczenie i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Pudełko z pieczarkami pozostało na stole obok chłodziarki, otwarte.

Noc z siódmego na ósmego  września była chłodna. Waldemar przyszedł do pracy prano jako jeden z pierwszych, zdenerwowany i niewyspany, i niewiele myśląc wstawił pudełko do chłodziarki. W porannym, przedkawowym stanie umysłu nie przyszło mu nawet do głowy, że gdyby takie naruszenie przepisów BHP zauważył kierownik, winowajca spotkałby się co najmniej z ostrą reprymendą.

O dwunastej dwadzieścia w południe Jacek Wojtas, dwudziestoośmioletni programista aplikacji webowych, pracujący w jednej z położonych na Ursynowie firm informatycznych, poczuł się głodny. Zamówił pizzę. Średnia pizza funghi na grubym cieście z podwójnym serem dotarła równo o pierwszej. Jacek zjadł ją w piętnaście minut. O pierwszej czterdzieści pięć jego żołądek, z którym miał problemy już od dawna, wywrócił się na lewą stronę i Jacek obrzygał swoje biurko pieczarkami. Wybiegł z pokoju i zwinięty w pół pognał do toalety. Tam spędził następne dwadzieścia minut, po czym poprosił szefa o wolne na resztę dnia i pojechał do domu, na Wolę.

Otworzył drzwi, zdjął buty na wycieraczce, wszedł do środka z zamiarem jak najszybszego zamknięcia się w łazience, ale gdy był już w przedpokoju spojrzał w lewo, w stronę sypialni. Następną, bardzo surrealistyczną minutę spędził na zbieraniu szczęki z podłogi i przyglądaniu się jak jego dziewczyna, Anna, oraz jakiś gruby, brodaty facet, najpierw pieprzą się jak dwa króliki, a potem Anna krzyczy, że “to nie tak jak myślisz”.

Gdy grubas wstał z łóżka w Jacku coś pękło. Wszedł do pokoju, chwycił stojącą na stoliczku nocnym drewnianą lampę, wziął zamach i uderzył go w prawą skroń. Mężczyzna próbował się zasłonić, ale dość niezgrabnie. Trzonek lampy trafił go w czoło. Papierowy klosz rozciągnięty na delikatnych palikach połamał się i spadł, a żarówka pękła z brzękiem. Grubas wrzasnął, bardziej z zaskoczenia niż bólu, pochylił się, po czym potężnym prawym sierpowym posłał Jacka na ścianę. W tym momencie Anka wskoczyła pomiędzy nich, piszcząc niezrozumiale. Grubas burknął coś pod nosem – Jacek nie słyszał co, oszołomiony po silnym ciosie – po czym chwycił swoje spodnie i koszulę i wyszedł z pokoju. Dziewczyna zarzuciła na siebie szlafrok i szybko, bez słowa wybiegła za nim. Po chwili Jacek usłyszał huk gwałtownie zamykanych drzwi.

Wróciła i usiadła obok niego na podłodze. Rozmawiali do późnej nocy. Przebaczył jej. Pogodzili się. Jacek nigdy nie zrobił testu na ojcostwo. Pięćdziesiąt lat później ich syn został prezydentem.

Dziewiątego września o ósmej rano Artur Lesz uruchomił silnik swojej Scanii i wyjechał na aleję Prymasa Tysiąclecia. Miał zacząć kurs o szóstej, ale gdy poprzedniego dnia po południu szef zobaczył jego twarz, z miejsca odesłał go do lekarza na zakładanie szwów i kazał się wyspać. Szefowi ostatnio urodziła się córeczka i facet ze szczęścia zamienił się we wcielenie Matki Teresy. Dawał ludziom wolne, przymykał oko na spóźnienia, i tak dalej. Pewnie przejdzie mu jak za miesiąc zobaczy, że mu przychody spadły. Ale na razie można było korzystać.

Wjeżdżając na wiadukt przy Wolskiej Artur rzucił okiem w lewo, w stronę budynku, gdzie poprzedniego dnia oberwał od wkurwionego mężulka, któremu żona już pewnie od lat przyprawiała rogi. Artur wzruszył ramionami mimowolnie. No nic. Nie ta, to będzie inna. Zjechał z wiaduktu, przyśpieszył – o dziwo na tym odcinku nie było korka – i wjechał w tunel pod Dworcem Zachodnim. Gdy wyjeżdżał, na chwilę oślepiło go światło słoneczne. Była to ostatnia rzecz, którą zobaczył.

Artur miał krwiaka w mózgu. Nic o nim nie wiedział, czasem tylko bez powodu bolała go głowa. Zwój napęczniałych naczynek krwionośnych siedział dość głęboko pod czaszką i aż do teraz nie sprawiał problemów. Lecz uderzenie Artura trafiło dokładnie w newralgiczne miejsce i naruszyło równowagę. I teraz, właśnie w chwili, gdy Artur wjeżdżał na skrzyżowanie z Alejami Jerozolimskimi, krwiak pękł. Artur stracił przytomność i uderzył głową w kierownicę. Jego rozpędzona, wyładowana po brzegi jogurtami Milko ciężarówka wjechała na skrzyżowanie na czerwonym świetle i pod kątem prostym uderzyła w bok pełnego pasażerów autobusu linii 517.

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz

Hello, World!

Witam w ciemnym-pustym-miejscu-do-którego-o-cholera-jak-ja-się-tu-dostałem dot com. To jest teraz Twój świat! Edytuj go, lub skasuj i zacznij od nowa.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

The Hamburger of Inevitability

2 czerwca 2010. Dzień 1.

Przez tydzień nie było mnie w szkole. Złamana ręka uaktywniła w matce zainteresowanie moją osobą i zamieniła mnie na kilka dni w ukochanego, nie mówiąc już o tym, że jedynego syna. Ciężko było mi się od niej opędzić. Na szczęście w piątek wieczorem zacząłem się już nudzić mojej rodzicielce, a w sobotę sama zapytała, czy nie mam żadnych lekcji do odrobienia na poniedziałem. Powiedziałem, że nie, ponieważ niczego takiego nie mogłem sobie przypomnieć.

W poniedziałek rano zostałem przez ojca odwieziony przed bramę szkoły, co zdarzyło się chyba pierwszy raz od czwartej klasy podstawówki. Życzono mi miłego dnia i pomachano do mnie zza podnoszącej się szyby Audi. Kurwa, po prostu Wersal.

W szkole zostałem kilka razy bardzo oryginalnie nazwany “mumią”, w związku z moim gipsem, kilka razy próbowano niby przypadkiem szturchnąć mnie w złamane ramię, a po pierwszej lekcji zostałem wezwany – najpierw do dyrektora, a potem do psychologa szkolnego. Mimo iż nie byłem w stanie udzielić żadnych sensownych informacji – wszystko stało się tak szybko, że naprawdę prawie niczego nie pamiętałem – moje przesłuchanie trwało bite dwie godziny. Potem była matematyka, na której stary Szlósarczyk słowem nie pozwalał się odezwać. To dlatego właśnie dopiero o dwunastej dowiedziałem się, że Zakrzu zdążyła już wyzdrowieć i na szesnastą dzisiaj zapowiedziała super-duper-mega combo-klasówkę z jednej trzeciej tegorocznego materiału. Od króla Stasia, co się z carycą Katarzyną puszczał, po pierwszą wojnę światową. Dwa zaległe sprawdziany, oraz lekcje, które miał w zastępstwie za nią przerobić z nami Lepiu. Ale nie przerobił. Nie wiedziałem nic. Inni mieli przynajmniej kilka dni, w tym weekend, na naukę. Ja miałem dwie godziny cztery godziny – w tym godzinną przerwę, bo o trzeciej miał być wuef, ale coś tam się popsuło w kanalizacji, cała sala gimnastyczna śmierdziała kupą i właśnie naprawiali. No ale kaman, jedna godzina na nauczenie się tego wszystkiego? Byłem głęboko w dupie. Nawet złamana ręka mnie nie ratowała, bo jestem leworęczny.

Oświecenie spłynęło na mnie pod koniec drugiej godziny polskiego. Pomysł był szalony, nawet jak na moje dość mocno wyśrubowane standardy. Ale co miałem do stracenia? Po lekcji pognałem do biblioteki, wziąłem wszystko co było o historii Polski w czasach rozbiorów, a następnie do szkolnego sklepiku po cztery litry coli i dziesięć kanapek. Spakowałem wszystko do plecaka, sprawdziłem czy bateria komórki jest naładowana i świńskim truchtem pognałem pod moje głupie drzewo z biało-fioletowymi kwiatami.

Wiecie już, co mi przyszło do głowy, prawda? Stanąłem przed drzewem i zacząłem się w nie wpatrywać. Skoncentrowałem się tak, że oczy prawie wyszły mi z orbit. Nic. Nic. Kurwa. Obleję.

Wypuściłem z płuc wstrzymywane powietrze i spojrzałem w dół. Na swój gips. A może by tak… Będzie bolało, ale czego się nie robi dla nauki.Podszedłem bliżej do pnia, wystawiłem prawe ramię do przodu, zacisnąłem zęby, zamknąłem oczy i przywaliłem gipsem w drzewo. Nie za mocno. Ale wystarczyło do tego, bym po otwarciu oczu widział tylko ciemność.

Usiadłem na szklanej podłodze, zdjąłem plecak, wyciągnąłem książki i prowiant, i zacząłem czytać, przyswiecając sobie komórką. Jaaaaa cie. Wzrok stracę zanim się czegokolwiek nauczę. Zwiększyłem jasność na maksa, ale to znowu oznaczało, że bateria wyczerpie mi się w dwie godziny… Wyczerpała się po półtorej, czyli według mojego nowego sposobu liczenia czasu, podczas Powstania Listopadowego Najpierw burak piknął ostrzegawczo, a zaraz potem zgasł. No dobrze, w takim razie trzeba wracać, pobiec do carrefour’a po latarkę, a potem z powrotem tutaj.

I pewnie tak właśnie bym zrobił, gdyby nie fakt, że kilkanaście minut wcześniej, ekhm, poszedłem za potrzebą. Nie będę się rozwodził nad szczegółami tej operacji. Wystarczy powiedzieć, że wracając zahaczyłem nogą o plecak i kopnąłem go gdzieś w bok, a ponieważ coś takiego często zdarza mi się w moim pokoju, nie zwróciłem na to uwagi i wróciłem do lektury. W końcu przecież ten plecak i tak leży gdzieś blisko i jak będzie mi potrzebny to sobie poświecę komórką i go znajdę, nie?

No więc nie.

Co teraz? Powiedzieć “wyjście”, wrócić do normalnego świata i mieć nadzieję, że gdy tu wrócę, plecak wciąż tu będzie? No bo w zasadzie czemu miałby nie być? Ale z drugiej strony, czemu miałby być? Od miejsca, w którym czas nie ma znaczenia, ciężko trochę oczekiwać, że pod innymi względami wszystko będzie działo się logicznie. Może ta ciemnica w dupie u Murzyna resetuje się za każdym razem, gdy z niej wyjść? A nawet jeśli nie, jeśli plecak nadal tu będzie, to może gdy teleportuję się tu po raz kolejny, trafię w punkt odległy o wiele kilometrów od tego? Tu wszędzie jest tak samo ciemno i nie ma nic poza tą podłogą, więc nawet nie jestem w stanie określić, czy teraz znajduję się tam, gdzie byłem, gdy dostałem się tu ostatnio. Gdyby ta głupia komórka włączyła się jeszcze choćby na chwilę… No, świeć się, cholero…

I stała się jasność. Nagły błysk prawie wypalił mi źrenice.

Zasłoniłem oczy ręką, upuszczając przy tym komórkę i jęknąłem “Ciemniej”. Światło posłusznie przyblakło. Plecak faktycznie leżał kilka kroków dalej, oczywiście w zupełnie innym kierunku niż ten, w którym myślałem, że go kopnąłem. Komórka wytrzymała zderzenie z podłogą. Szczęście w nieszczęściu – po kradzieży mojego smartphone’a tymczasowo dostałem od ojca starego Siemensa, którym możnaby gwoździe wbijać. I który rzeczywiście całkiem nieźle robił za latarkę. Tyle, że teraz latarki już nie potrzebowałem.

Rozejrzałem się dookoła. Niebo było jednolitej, jasnoniebieskiej barwy. Ani śladu chmur, ani słońca. Światło zdawało się wydobywać prosto z niego, jakby było ekranem monitora z tapetą ustawioną na jeden kolor. (“Koloru telewizora ustawionego na nieistniejący kanał” … nie, kurwa, wtedy byłby szary). Podłoga była czarną, błyszczącą taflą, rozciągającą się po horyzont we wszystkich kierunkach. A sam horyzont… Miałem wrażenie, że raczej się wznosi, niż opada, jakbym stał na dnie doliny, po czym rozmywa się i płynnie przechodzi w nieboskłon.

Zadziałała komenda “świeć”. Działa “wyjście”, działa też “ciemniej”… “jaśniej”?

- Jaśniej!… Nie, nie, ciemniej, ciemniej! – będzie trzeba trochę popracować nad czymś pośrednim pomiędzy ciemnicą a halogenami prosto w oczy, ale działa. No to może… Wyciągnąłem przed siebie rękę zwróconą wnętrzem dłoni w górę, zmarszczyłem brwi i wypowiedziałem z namaszczeniem:

- Niech się stanie hamburger!

Tym razem nie zadziałało. No trudno, przynajmniej mam światło i mogę spokojnie uczyć się dalej. Usiadłem i z powrotem zająłem się polskimi zrywami ku niepodległości w XIX wieku, ale wciąż nurtowało mnie dziwaczne zachowanie mojego otoczenia. Miałem przeczucie, że mogę o wiele więcej niż tylko zmieniać natężenie światła, ale nie wiedziałem jak. Co jakiś czas rzucałem na pół serio: “piwo!”, “nie? to chociaż pepsi!”, “… szklankę wody?”. Nie działało. W końcu zdecydowałem, że możliwość ukrycia się w miejscu gdzieś, och och, jak to patetycznie brzmi, poza czasem, już samo w sobie daje niesamowite możliwości. A jeśli można je wykorzystać do czegoś więcej niż tylko nauki historii… tym lepiej.

Sprawdzian napisałem na trzy z plusem. A co do miejsca, w którym się uczyłem… Tak, można je wykorzystać do czegoś więcej. Dużo więcej. Rozpracowałem to kilka tygodni później i… Jezu, chyba nigdy już nie wrócę do swojego poprzedniego życia.

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz

This Is Not The Cell Phone You’re Looking For

26 maja 2010

Nadal Dzień 0.

Następnego dnia specjalnie wybrałem inną trasę. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć, ale wolałem na wszelki wypadek nie spoglądać ponownie na to dziwne drzewo, kwitnące samotnie pośrodku blokowiska. Tego dnia nie wydarzyło się nic niezwykłego – i następnego również. W gruncie rzeczy w moim życiu prawie nigdy nie wydarzało się nic ciekawego. Nic ciekawszego, najwyraźniej, niż trafianie w ciemne, ciche, niezidentyfikowane miejsca i błąkałem się tam przez godzinę, po czym budziłem się ponownie w naszym hałaśliwym, jaskrawym świecie i stwierdzałem, że tej godziny nigdy nie było.
Nie miałem z kim o tym porozmawiać. O rodzicach lepiej nawet nie wspominać: Odlegli, zajęci swoimi sprawami. zero zrozumienia dla moich problemów, zainteresowani tylko wynikami w szkole. Niby nic specjalnego, tacy sami rodzice jak wielu innych, ale wiem dobrze jak by zareagowali na “Mamo, tato, wczoraj rano idąc do szkoły teleportowałem się w środek kosmicznej pustki ze szklaną podłogą.” … No, sami się domyślcie, co by się stało.
Zresztą, jeśli się nad tym lepiej zastanowić, naprawdę nie miałem o czym z nimi rozmawiać. Ta historyjka nadawałaby się co najwyżej do opowiedzenia na imprezie, późno w nocy, gdy wszyscy już będą nawaleni i rozmowa zejdzie na dziwaczne sny i haluny po trawce. Jeśli ta godzina spędzona w ciemnicy była czymś więcej niż tylko snem, to musi istnieć sposób, by powtórzyć to wydarzenie. Dlatego właśnie, powodowany pokrętną logiką szesnastoletniego umysłu, unikałem przez kilka dni tamtej drogi.
I z tego samego powodu w piątek po szkole tam poszedłem i przez pół godziny gapiłem siębez sensu na fioletowe kwiaty na głupim drzewie.

Dwa tygodnie później złamałem rękę. To znaczy, nie, to zła forma gramatyczna. Mnie złamano rękę. Nasza psycholog szkolna stwierdziła kiedyś, że takie eufemistyczne, bądź po prostu odjechane w kosmos (tak, użyła tych słów) określenia, wskazują, że staram się uciec przed rzeczywistością. To prawda – wiele podobnych sytuacji zazwyczaj opisuję tak, jakby były to wypadki. A prawda jest taka, że jestem dość często ofiarą agresji ze strony szkolnych osiłków. W hierarchii dziobania stoję dość nisko. Ale nigdy dotąd nie zdarzyło mi się nic poważniejszego niż siniak od nagłego szturchnięcia, lub niby przypadkowego przewrócenia na wuefie. Najczęściej nasze lokalne plemię goryli ograniczało się do przepychania na głównym korytarzu szkoły. Zgodnie z zasadami, jakie od milionów lat rządzą zachowaniem stadnych drapieżników, te “przypadki” świadczyły ich zdaniem o wyższości jaką mają nad nami, grupą słabszych fizycznie dzieciaków, słuchających innej muzyki, ubierających się inaczej i interesujących się rzeczami, które oni uważali za głupie. Ale w naszym plemieniu ich poszturchiwania nie miały znaczenia. Ignorowaliśmy ich. Ostatecznie, jeszcze kilka lat i to my będziemy kończyć studia i zarabiać grubą kasę, z której będziemy płacić podatki na ich zasiłki dla bezrobotnych.
Przynajmniej taką miałem nadzieję. To znaczy, co do tego pierwszego miałem nadzieję. Co do drugiego, wyobrażałem sobie, że jeden z nas zostanie premierem i zlikwiduje zasiłki dla bezrobotnych.

Ale do rzeczy. Zaczepili mnie, gdy schodziłem z wiaduktu nad torami kolejowymi. Było ich dwóch. Nie pamiętam imion. Gdybym zobaczył ich w szkole to pewnie bym rozpoznał, mimo iż w chwili obecnej nie jestem w stanie zupełnie nic powiedzieć o ich wyglądzie. Nie jestem nawet pewien, czy byli z mojej szkoły, choć chyba jeden z nich zwrócił się do mnie po imieniu. Drugi złapał mnie za rękę, wykręcił ją, odwrócił mnie tyłem do siebie i przycisnął do barierki. Zażądał pieniędzy. Odpowiedziałem, że nie mam. Poczułem, jak sięga do kieszeni moich spodni i wyciąga komórkę. Szarpnąłem sie i w następnej chwili leciałem w dół schodów. Uderzyłem w coś głową, aż gwiazdy rozbłysły mi przed oczyma, a zaraz potem wyrżnąłem prawym ramieniem w chodnik. Wtedy prawie nie poczułem bólu – zabolało dopiero gdy próbowałem się poruszyć.

Gdy światełka przestały migotać – co nie znaczy, że zniknęły w zupełności – a świat skończył wirować, zdałem sobie sprawę, że leżę w ciemności, na twardej, śliskiej podłodze, o fakturze w dotyku przypominającej szkło. Znowu.
Wziąłem kilka głębszych oddechów i spróbowałem wstać. Prawe ramię przeszył ból, jakiego chyba nigdy dotąd nie doświadczyłem. Nie, nie, lepiej pozostać w pozycji leżącej. Potrzebuję pomocy. Ale jak…
Skoncentrowałem się i powiedziałem na głos: “Wyjście!”

Godzinę później siedziałem na łózku w szpitalu miejskim, a lekarka zakładała mi gips.

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz

Apple Antenna Flower

7 maja 2010
Dzień 0.

Pamiętam młode drzewo, jabłoń, lub może wiśnię – albo po prostu jedno z tych miejskich drzew, których gatunek nikomu nic nie mówi i nikogo nie obchodzi. Stało na poboczu mało uczęszczanej ulicy, dzielącej na pół osiedle z wielkiej płyty. Dookoła niego, w dwóch szeregach dziesięciopiętrowych budynków, setki ludzi spało, myło się, jadło śniadania, kłóciło o bzdury i robiło wszystko to, co nadaje sens ich egzystencji.

Miałem szesnaście lat i tego właśnie poranka szedłem do szkoły na klasówkę z historii. Nigdy nie lubiłem jeździć środkami komunikacji miejskiej. Ocierać się o ludzi, słuchać mimowolnie banalnych, do bólu schematycznych historii opowiadanych sobie nawzajem przez nastolatków, wdychać zapach formaliny i tego dziwnego czegoś, co unosi się wokół starych kobiet, a o czego pochodzeniu lepiej nie wiedzieć… Oddychać powietrzem, które już wielokrotnie znajdowało się w czyichś płucach… Bue. Wolałem piesze wycieczki przez osiedla, a później w poprzek przejazdu kolejowego, po schodach, chodnikiem przez wiadukt i wokół kościoła św. Anny. Biorąc pod uwagę ile czasu czeka się na przystankach na wiecznie spóźniające się autobusy, mój spacer – szybkim tempem – trwał prawdopodobnie tyle samo co podróż komunikacją miejską przez centrum miasta w porannych korkach.

Tego dnia drzewo zakwitło białymi i fioletowymi kwiatami. Zapamiętałem to, ponieważ zawsze wydawało mi się, że drzewo może zakwitnąć tylko na jeden kolor, To było dziwne. A mimo to nie zatrzymałem się. Przeszedłem obok pogrążony w myślach – cholera wie o czym – i dopiero gdy skręciłem za róg coś kazało mi się cofnąć i spojrzeć jeszcze raz. Pamiętam, że nie chodziło tylko o kolor kwiatów. Coś jeszcze wydało mi się nie tak.

Odwróciłem się i spojrzałem w pustkę.

Przez moment wydawało mi się, że straciłem wzrok. Nie widziałem niczego – ani ściany budynku, obok którego powinienem był stać, ani bruku, ani ręki, którą wyciągnąłem przed siebie… Co w gruncie rzeczy było dobrym pomysłem, bo dzięki temu szybko okazało się, że ślepota nie tłumaczy w pełni sytuacji, w jakiej się znalazłem. Dłoń wyciągnięta do przodu nie trafiła absolutnie na nic.
W zasadzie mogłem się tego spodziewać, ponieważ ścianę bloku powinienem był mieć po swojej lewej, nie z przodu, ale też wziąwszy pod uwagę ilość przechodniów powinienem był usłyszeć chociaż “Uważaj!” lub, co bardziej prawdopodobne, “Spierdalaj z tą ręką, chcesz żeby ci przyjebać?”. Ale nie, nie usłyszałem nic z tych rzeczy. Nie usłyszałem zupełnie nic. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że wokół mnie roztacza się kompletna cisza. Czy to możliwe, żebym w jednej chwili stracił równocześnie i wzrok i słuch?
Zdezorientowany odwróciłem się w lewo, chcąc oprzeć się o ścianę, lecz w jej miejscu trafiłem na powietrze. Musiałem zrobić krok naprzód, by nie stracić równowagi. Machnąłem ręką, zataczając przed sobą łuk – nie, rzeczywiście nic tam nie było. Dotknąłem jednej ręki drugą – poczułem ją. Ha, nawet uszczypnąłem się i ból był całkiem realny. Zresztą, nie wydawało mi się, aby było coś ze mną nie tak. Ktoś wyłączył mi cały dźwięk i obraz, ale gdyby był to efekt paraliżu, to nie miałbym złudzenia, że mogę się poruszać, prawda? Złudzenie posiadania amputowanych nóg – okej, czytałem o tym. Ale nikomu nigdy nie wydawało się, że na tych amputowanych nogach łazi w kółko w ciemnym pokoju.

Więc może to sen?

Ta ostatnia myśl miała trochę sensu. Miewałem już wiele dziwnych snów, zwłaszcza gdy byłem przemęczony, tak jak po wczorajszym kuciu do klasówki (i tak się niczego nie nauczyłem). Możliwe, że nadal śpię w swoim łóżku i tak naprawdę jest piąta, czy szósta rano i nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, by mnie obudzić.

Zazwyczaj, do tej pory, gdy w środku snu uświadamiałem sobie, że śnię, przebudzenie następowało samo w ciągu kilkunastu sekund. Zaczynałem zdawać sobie sprawę z nierealności mojego otoczenia, a w następnej chwili otwierałem oczy, co do których jeszcze przed sekundą byłem pewien, że już są otwarte. Jednak tym razem nie czułem niczego takiego. Wręcz odwrotnie – wszystko wydawało mi się niesamowicie prawdziwe. Ciemność była wręcz namacalna.

Uderzyłem się otwartą dłonią w policzek i poczułem to uderzenie.

Przeszedłem kilka kroków. Zawróciłem. Brak jakichkolwiek cech charakterystycznych, żadnych znaków orientacyjnych otoczenia, nic, tylko ta pustka i ciemność, działały na mnie… deprymująco. Czy to właściwe słowo? Nie czułem motywacji by biec, by szukać wyjścia z tego miejsca, gdyż wokół mnie nie było widać absolutnie niczego, a brak pogłosu sugerował, że znajduję się na otwartej przestrzeni.

Pogłos… właśnie! Nie słyszałem swoich kroków! Pochyliłem się i dotknąłem posadzki – była zimna i sprawiała w dotyku wrażenie tafli szkła. Zacisnąłem pięść i uderzyłem knykciami – cisza.

Co robić? Wyprostowałem się, wsunąłem dłonie w kieszenie bluzy i ruszyłem przed siebie powolnym krokiem, przez ciemność i ciszę…

… I tak szedłem przez ciemność i ciszę następną godzinę.

Nie no, spoko, nie do końca przez ciemność i ciszę. Najpierw przyświecałem sobie komórką (efekt łatwy do przewidzenia – nic nie zobaczyłem), a później puściłem na niej kilka empetrójek.

W końcu, zrezygnowany, usiadłem na szklanej podłodze, podciągnąłem kolana pod brodę i ukryłem twarz w dłoniach. Do tej pory starałem się nie poddawać emocjom i racjonalnie próbować wyjaśnić sytuację. Ale miałem tylko szesnaście lat i nie zawsze byłem w stanie kontrolować swoje zachowanie. Straciłem panowanie nad sobą. Zacząłem krzyczeć, wzywać pomocy, lecz mój głos był jedynym, co usłyszałem.

- Chcę stąd wyjść! – wrzasnąłem, bliski łez. – Wyjść!

Zadziałało.

Światło prawie mnie oślepiło. W jednej chwili, bez ostrzeżenia, znalazłem się z powrotem na ulicy, w pozycji stojącej mimo iż jeszcze przed chwilą siedziałem, na rogu ulicy. Przed sobą, w odległości jakichś dziesięciu metrów, widziałem kwitnące drzewo.

Zatoczyłem się do tyłu i omal nie upadłem. Więc to nie był sen? Nie spałem w swoim łóżku, tylko przez cały ten czas stałem na skrzyżowaniu, gapiąc się na to głupie drzewo?!… A może wciąż śnię?

Stałem tak chyba odrobinę za długo, z wyrazem zaskoczenia na twarzy, bo jakaś starsza pani podeszła, chwyciła mnie za ramię i spytała, czy wszystko ze mną w porządku. Skinąłem głową, odparłem cicho, że tak, rzuciłem ostatnie spojrzenie fioletowym kwiatkom na drzewie, odwróciłem się i oddaliłem szybko.

Dotarłem do szkoły przekonany, że się spóźniłem i to sporo. Moja komórka pokazywała kilka minut po dziewiątej – nie przywidziało mi się, w tym dziwnym miejscu rzeczywiście spędziłem prawie godzinę. Gdy wszedłem do budynku, byłem przekonany, że trwa pierwsza przerwa. Szybkim krokiem pokonałem główny hol i korytarz łączący obie połowy budynku. Zszedłem po schodach do szatni. Pod siatką oddzielającą szatnię mojej klasy od trzeciej „a” siedział na ławce Budda.

Budda to mój kumpel. Dostał tę ksywkę, bo… Może opowiem o tym innym razem. Nic specjalnego.

- Cześć. – mruknął, żując gumę.

- Jak było na historii? – spytałem siadając obok.

- Nie będzie. Zakrzu jest chora, mamy zastępstwo z Lepiem. Pewnie będzie pieprzył o kondomach. Ale przynajmniej klasówa dopiero we wtorek.

Spojrzałem na niego znad rozwiązanego buta i zmarszczyłem brwi. Coś mi się tutaj nie zgadzało.

- Chwila. Jak to „będzie pieprzył”? Lepiu?

- No, będzie. Teraz. Na zastępstwie. A co innego Lepiu umie robić?

- Zastępstwie?

- Z historii, czubku.

- To historii jeszcze nie było?

- No raczej. Przecież to pierwsza lekcja. Wszystko z tobą okej?

Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Pokazywał 9:12. Odwróciłem go tak, by Budda sam mógł zobaczyć zegarek. Prychnął śmiechem i pokazał swojego Ajfona. Była 8:10. Więc to jednak był sen. Ale… Nie, moment. Naprawdę spędziłem godzinę w ciemności. Ale tej godziny nigdy nie było.

- Co, Nokia ci się psuje, leserze?

- Ajfon-srajfon. – odparłem odruchowo.

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz