7 maja 2010
Dzień 0.
Pamiętam młode drzewo, jabłoń, lub może wiśnię – albo po prostu jedno z tych miejskich drzew, których gatunek nikomu nic nie mówi i nikogo nie obchodzi. Stało na poboczu mało uczęszczanej ulicy, dzielącej na pół osiedle z wielkiej płyty. Dookoła niego, w dwóch szeregach dziesięciopiętrowych budynków, setki ludzi spało, myło się, jadło śniadania, kłóciło o bzdury i robiło wszystko to, co nadaje sens ich egzystencji.
Miałem szesnaście lat i tego właśnie poranka szedłem do szkoły na klasówkę z historii. Nigdy nie lubiłem jeździć środkami komunikacji miejskiej. Ocierać się o ludzi, słuchać mimowolnie banalnych, do bólu schematycznych historii opowiadanych sobie nawzajem przez nastolatków, wdychać zapach formaliny i tego dziwnego czegoś, co unosi się wokół starych kobiet, a o czego pochodzeniu lepiej nie wiedzieć… Oddychać powietrzem, które już wielokrotnie znajdowało się w czyichś płucach… Bue. Wolałem piesze wycieczki przez osiedla, a później w poprzek przejazdu kolejowego, po schodach, chodnikiem przez wiadukt i wokół kościoła św. Anny. Biorąc pod uwagę ile czasu czeka się na przystankach na wiecznie spóźniające się autobusy, mój spacer – szybkim tempem – trwał prawdopodobnie tyle samo co podróż komunikacją miejską przez centrum miasta w porannych korkach.
Tego dnia drzewo zakwitło białymi i fioletowymi kwiatami. Zapamiętałem to, ponieważ zawsze wydawało mi się, że drzewo może zakwitnąć tylko na jeden kolor, To było dziwne. A mimo to nie zatrzymałem się. Przeszedłem obok pogrążony w myślach – cholera wie o czym – i dopiero gdy skręciłem za róg coś kazało mi się cofnąć i spojrzeć jeszcze raz. Pamiętam, że nie chodziło tylko o kolor kwiatów. Coś jeszcze wydało mi się nie tak.
Odwróciłem się i spojrzałem w pustkę.
Przez moment wydawało mi się, że straciłem wzrok. Nie widziałem niczego – ani ściany budynku, obok którego powinienem był stać, ani bruku, ani ręki, którą wyciągnąłem przed siebie… Co w gruncie rzeczy było dobrym pomysłem, bo dzięki temu szybko okazało się, że ślepota nie tłumaczy w pełni sytuacji, w jakiej się znalazłem. Dłoń wyciągnięta do przodu nie trafiła absolutnie na nic.
W zasadzie mogłem się tego spodziewać, ponieważ ścianę bloku powinienem był mieć po swojej lewej, nie z przodu, ale też wziąwszy pod uwagę ilość przechodniów powinienem był usłyszeć chociaż “Uważaj!” lub, co bardziej prawdopodobne, “Spierdalaj z tą ręką, chcesz żeby ci przyjebać?”. Ale nie, nie usłyszałem nic z tych rzeczy. Nie usłyszałem zupełnie nic. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że wokół mnie roztacza się kompletna cisza. Czy to możliwe, żebym w jednej chwili stracił równocześnie i wzrok i słuch?
Zdezorientowany odwróciłem się w lewo, chcąc oprzeć się o ścianę, lecz w jej miejscu trafiłem na powietrze. Musiałem zrobić krok naprzód, by nie stracić równowagi. Machnąłem ręką, zataczając przed sobą łuk – nie, rzeczywiście nic tam nie było. Dotknąłem jednej ręki drugą – poczułem ją. Ha, nawet uszczypnąłem się i ból był całkiem realny. Zresztą, nie wydawało mi się, aby było coś ze mną nie tak. Ktoś wyłączył mi cały dźwięk i obraz, ale gdyby był to efekt paraliżu, to nie miałbym złudzenia, że mogę się poruszać, prawda? Złudzenie posiadania amputowanych nóg – okej, czytałem o tym. Ale nikomu nigdy nie wydawało się, że na tych amputowanych nogach łazi w kółko w ciemnym pokoju.
Więc może to sen?
Ta ostatnia myśl miała trochę sensu. Miewałem już wiele dziwnych snów, zwłaszcza gdy byłem przemęczony, tak jak po wczorajszym kuciu do klasówki (i tak się niczego nie nauczyłem). Możliwe, że nadal śpię w swoim łóżku i tak naprawdę jest piąta, czy szósta rano i nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, by mnie obudzić.
Zazwyczaj, do tej pory, gdy w środku snu uświadamiałem sobie, że śnię, przebudzenie następowało samo w ciągu kilkunastu sekund. Zaczynałem zdawać sobie sprawę z nierealności mojego otoczenia, a w następnej chwili otwierałem oczy, co do których jeszcze przed sekundą byłem pewien, że już są otwarte. Jednak tym razem nie czułem niczego takiego. Wręcz odwrotnie – wszystko wydawało mi się niesamowicie prawdziwe. Ciemność była wręcz namacalna.
Uderzyłem się otwartą dłonią w policzek i poczułem to uderzenie.
Przeszedłem kilka kroków. Zawróciłem. Brak jakichkolwiek cech charakterystycznych, żadnych znaków orientacyjnych otoczenia, nic, tylko ta pustka i ciemność, działały na mnie… deprymująco. Czy to właściwe słowo? Nie czułem motywacji by biec, by szukać wyjścia z tego miejsca, gdyż wokół mnie nie było widać absolutnie niczego, a brak pogłosu sugerował, że znajduję się na otwartej przestrzeni.
Pogłos… właśnie! Nie słyszałem swoich kroków! Pochyliłem się i dotknąłem posadzki – była zimna i sprawiała w dotyku wrażenie tafli szkła. Zacisnąłem pięść i uderzyłem knykciami – cisza.
Co robić? Wyprostowałem się, wsunąłem dłonie w kieszenie bluzy i ruszyłem przed siebie powolnym krokiem, przez ciemność i ciszę…
… I tak szedłem przez ciemność i ciszę następną godzinę.
Nie no, spoko, nie do końca przez ciemność i ciszę. Najpierw przyświecałem sobie komórką (efekt łatwy do przewidzenia – nic nie zobaczyłem), a później puściłem na niej kilka empetrójek.
W końcu, zrezygnowany, usiadłem na szklanej podłodze, podciągnąłem kolana pod brodę i ukryłem twarz w dłoniach. Do tej pory starałem się nie poddawać emocjom i racjonalnie próbować wyjaśnić sytuację. Ale miałem tylko szesnaście lat i nie zawsze byłem w stanie kontrolować swoje zachowanie. Straciłem panowanie nad sobą. Zacząłem krzyczeć, wzywać pomocy, lecz mój głos był jedynym, co usłyszałem.
- Chcę stąd wyjść! – wrzasnąłem, bliski łez. – Wyjść!
Zadziałało.
Światło prawie mnie oślepiło. W jednej chwili, bez ostrzeżenia, znalazłem się z powrotem na ulicy, w pozycji stojącej mimo iż jeszcze przed chwilą siedziałem, na rogu ulicy. Przed sobą, w odległości jakichś dziesięciu metrów, widziałem kwitnące drzewo.
Zatoczyłem się do tyłu i omal nie upadłem. Więc to nie był sen? Nie spałem w swoim łóżku, tylko przez cały ten czas stałem na skrzyżowaniu, gapiąc się na to głupie drzewo?!… A może wciąż śnię?
Stałem tak chyba odrobinę za długo, z wyrazem zaskoczenia na twarzy, bo jakaś starsza pani podeszła, chwyciła mnie za ramię i spytała, czy wszystko ze mną w porządku. Skinąłem głową, odparłem cicho, że tak, rzuciłem ostatnie spojrzenie fioletowym kwiatkom na drzewie, odwróciłem się i oddaliłem szybko.
Dotarłem do szkoły przekonany, że się spóźniłem i to sporo. Moja komórka pokazywała kilka minut po dziewiątej – nie przywidziało mi się, w tym dziwnym miejscu rzeczywiście spędziłem prawie godzinę. Gdy wszedłem do budynku, byłem przekonany, że trwa pierwsza przerwa. Szybkim krokiem pokonałem główny hol i korytarz łączący obie połowy budynku. Zszedłem po schodach do szatni. Pod siatką oddzielającą szatnię mojej klasy od trzeciej „a” siedział na ławce Budda.
Budda to mój kumpel. Dostał tę ksywkę, bo… Może opowiem o tym innym razem. Nic specjalnego.
- Cześć. – mruknął, żując gumę.
- Jak było na historii? – spytałem siadając obok.
- Nie będzie. Zakrzu jest chora, mamy zastępstwo z Lepiem. Pewnie będzie pieprzył o kondomach. Ale przynajmniej klasówa dopiero we wtorek.
Spojrzałem na niego znad rozwiązanego buta i zmarszczyłem brwi. Coś mi się tutaj nie zgadzało.
- Chwila. Jak to „będzie pieprzył”? Lepiu?
- No, będzie. Teraz. Na zastępstwie. A co innego Lepiu umie robić?
- Zastępstwie?
- Z historii, czubku.
- To historii jeszcze nie było?
- No raczej. Przecież to pierwsza lekcja. Wszystko z tobą okej?
Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Pokazywał 9:12. Odwróciłem go tak, by Budda sam mógł zobaczyć zegarek. Prychnął śmiechem i pokazał swojego Ajfona. Była 8:10. Więc to jednak był sen. Ale… Nie, moment. Naprawdę spędziłem godzinę w ciemności. Ale tej godziny nigdy nie było.
- Co, Nokia ci się psuje, leserze?
- Ajfon-srajfon. – odparłem odruchowo.